Pokazywanie postów oznaczonych etykietą . Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą . Pokaż wszystkie posty

niedziela, 2 czerwca 2013

Praca semestralna, Poetyka opisowa, Analiza i interpretacja wiersza Małżowina, Marcina Świetlickiego.

Tekst jedynie dla "smakoszy" oraz zainteresowanych pracami naukowymi tego typu. Zdaję sobie sprawę z tego, że teksty tak długie będą w dużym stopniu odrzucane na rzecz felietonów i esejów, których forma jest zabawniejsza, lżejsza i bardziej przyswajalna. Zapewne gdyby sytuacja była inna niż mnie zastała, powiadomiłbym was w poście jedynie o istnieniu takiej pracy, zuplowadował bym ją na jakimś znanym serwerze jak chomikuj.pl lub innym i zostawił w spokoju. Jednak jest inaczej. Wrzucam ten tekst tutaj, do pełnego odczytu bo jego powstanie jest dla mnie rzeczą wyjątkową, prywatnie to zaszczyt. Dlaczego? Otóż istnieje wiele przesłanek bym twierdził, iż jest to pierwsza praca w sieci poświęcona temu utworowi jak i jego autorowi. Przeszukałem internet dokładnie w nadziei, że skądś nadejdzie pomocna dłoń. Nie nadeszła, więc podjąłem rękawice. Oto przed wami, odważnymi i cierpliwymi ludźmi poezji:

Analiza i interpretacja wiersza Małżowina, Marcina Świetlickiego.

       Marcin Świetlicki, czyli jeden z najsłynniejszych poetów współczesnej Polski. Znany również jako wokalista alternatywnej grupy muzycznej "Świetliki", która odtwarza jego wiersze w stylu rockowym.
Świetlicki urodził się 24 grudnia 1961 roku w Lublinie. Kolejne kroki jego edukacji zmierzającej do zostanie poetą, prowadziły przez: Szkołę Podstawową im. Mikołaja Kopernika, III Liceum Ogólnokształcące im. Unii Lubelskiej, Uniwersytet Jagielloński (gdzie studiował polonistykę). Ostatnim krokiem w kształtowaniu Marcina Świetlickiego należy też odbycie zasadniczej służby wojskowej w Słupsku. Parał się edytorstwem i korekcją tekstów. W 1991 roku Świetlicki wyjechał do Paryża w ramach stypendium Fundacji Kultury Niezależnej, następnie w 1995 roku podobne stypendium zaprowadziło go do Berlina. W ciągu 13 lat, do 2004 roku, pracował jako korektor "Tygodnika Powszechnego", oraz współprowadził z Wojciechem Dyduchem program "Pegaz".
Jego debiut jako poety odbył się na łamach czasopisma literackiego "Akcent". Lublińskie pismo, które działa i funkcjonuje od roku 1980 zajmowało się już wtedy literaturą, sztuką plastyczną i naukami humanistycznymi. Pierwszym wydanym tomikiem Marcina Świetlickiego były Zimne kraje, wydane w 1992 roku przez fundacje czasopisma "bruLion" (pismo od 1986 zajmowało się promowaniem kultury, rozpatrywaniem zjawisk społecznych, kulturowych
i politycznych, skupiając się przy tym na kulturze alternatywnej czyli feminizmie, mediach, muzyce elektoronicznej, punk'u itp.. Warte wspomnienia jest, iż czasopismo to dało nazwę całemu pokoleniu poetów i twórców, których nazywano "brulionowcami"). Ciekawostką w jego życiorysie jest przeprowadzenie pierwszego wywiadu z Maciejem Maleńczukiem dla podziemnego czasopisma "Tumult". W 1992 roku podjął pracę z krakowskim zespołem muzycznym "Trupa Wertera Utrata", która wkrótce po tym przeistoczyła się w działającą do dziś grupę "Świetliki".


Wiersz Świetlickiego to trzy strofy czterowersowe utrzymane w klimacie egzystencjalnej prozy Franza Kafki, gdzie spotykamy się z niedomówieniami, prostotą formy i języka pozbawionego ozdobników. Formę wiersza (tak jak literaturę Kafki) trudno zaliczyć do którejś z form panujących lub popularnych schematów. Pierwsza strofa to kolejno w wersach: 12,9,12 i 10 sylab. Następna powiela schemat pierwszego i trzeciego wersu 12 sylabowego, jednak wers drugi ma 8 a czwarty 13 sylab. Strofa ostatnia ponownie naśladuje powtarzalność w ilości sylab wersów pierwszego i trzeciego, jednak te są 11 zgłoskowe, wers 2 ma zgłosek jedynie 8 a ostatni aż 16. Powtarzający się schemat utrzymania takiej samej ilości zgłosek w pierwszych i trzecich wersach wprowadza do wiersza swoistą rytmikę, która w trakcie czytania oraz słuchania wykonania "Małżowiny" utrzymuje ją w ryzach pomimo różnych ilości zgłosek w innych wersach. Zabieg taki pozwala Świetlickiemu raz to mówić, jakby prowadził rozmowę z prostytutką, z którą utrzymywał regularne kontakty w dramacie Smarzowskiego, by powrócić do równego "Jeśli o mnie chodzi". W pierwszych dwóch zwrotkach wiersza z Pieśni profana w wersach, w których powtarza się 12 zgłoskowiec mamy do czynienia z anaforą, powtarzalnym powrotem do stwierdzenia "Jeśli o mnie chodzi". Każde z tych powtórzeń zapoczątkuje rozwinięcie kolejnej części wypowiedzi podmiotu lirycznego mówiącego o tym, co ten w tej chwili robi. Tutaj docieramy do połączenia w tychże wersach epifory i anafory ponieważ po każdym "Jeśli..." po myślniku bohater liryku stwierdza podjęcie lub wykonywanie pewnej czynności. Można powiedzieć, że mamy tu do czynienia z wyliczeniem (enumeracją) polegającą na wymienieniu kolejnych podejmowanych czynności, by zwrócić uwagę czytelnika na prezentowanie treści oraz wzmocnieniu znaczenia wypowiedzi.
[...] - to ja już skończyłem
[...]
- to ja się odwracam
[...]
- to ja już wychodzę
[...]
- to ja nie chcę prosić.

Każda epifora to podkreślenie obecności podmiotu w utworze, dzięki temu łatwo dochodzimy też do wniosku, iż utwór jest jak najbardziej zaliczany do liryki bezpośredniej, gdzie podmiot jest wykonawcą i uczestnikiem czynności, częścią obrazu prezentowanego przez utwór.  Jak można usłyszeć na video-klipie "Małżowina" gdzie Świetlicki ją melorecytuje, słyszymy wyraźnie, iż idealnie pasuje do muzyki, a powracający schemat nadaje mu taktu i pewnej przewidywalności, którą możemy też dostrzec w samej istocie utworu.
Kolejną epiforą, którą możemy zauważyć jest powtarzanie stanu podmiotu w pierwszej strofie
w wersach trzecim i czwartym :

Ja już skończyłem
[...]
Ja się odwracam

Mamy tu do czynienia z powtórzeniem, które można zaliczyć do paralelizmu składniowego, czyli powtórzenia całych sekwencji zdaniowych.
By interpretować Małżowinę trzeba nieco zaznajomić się z kontekstem historycznym
i tym co było bodźcem do jego powstania. Jak wspominałem wcześniej w swojej pracy zarówno film jak i liryk łączy przekaz do konkretnej jakby można ująć publiki, którą jest pokolenie ludzi wczesnych lat 90', ludzi wychowanych i żyjących pośród szerzącej się alternatywy.
W 1998 roku Świetlickiego zaproszono (i propozycję przyjął) do odegrania głównej roli
w dramacie Wojciecha Smarzowskiego pt: "Małżowina".
Małżowinę możemy znaleźć w tomiku Świetlickiego pt. Pieśni profana, wydanego w 1998 roku (czyli w tym samym czasie, w którym poeta grał w dramacie Smarzowskiego). By dobrze odnieść się do tego tekstu spoglądam w jego genesis, lecz pojawia się tutaj problem.
Jak przeczytać można w opisie Małżowiny Smarzowskiego jest to dzieło "adresowany przede wszystkim do młodego widza, wychowanego na jinglach MTV, głośnej trashowo - punkowej muzyce i prozie Franza Kafki." Z tego opisu wynika, że sam film swoje korzenie miał między innymi w charakterystycznej literaturze Franza. Można by z tego snuć wniosek, iż to tematyka, czasy i Kafka stworzyły podstawę do napisania Małżowiny. Z drugiej strony można szukać
w inny sposób, czy nie istnieje możliwość by film powstał na podstawie tekstu Świetlickiego,
a ten tworząc go odnosił się do tych samych korzeni jakie wcześniej przypisałem filmowi? Jednak zbieżność dat, tematyki, znacznie to utrudnia. Gdy w 1999 roku wychodzi dramat Smarzowskiego w kilka miesięcy po nim ukazuje się tomik Pieśni profana.
     Odpowiedź na powyższe pytanie a jest wyjątkowo ważne bo to ono w pewien sposób narzuca interpretacje - mogąc moją kompletnie obalić. Jeśli podejść do pytania pragmatycznie
i stwierdzić, iż ważniejsza jest data wydania dzieła- sprawa jest prosta, to Świetlicki pisał Małżowinę pod wpływem filmu i swojej roli. Jednak podchodząc do sprawy w sposób bardziej wnikliwy uświadamiamy sobie, że przecież nie o datę wydania dzieł w tej sprawie idzie, bo przecież prace nad oboma toczył się równolegle a o to, kiedy powstał konkretnie utwór Świetlickiego. Każdemu wiadomo, że w skład tomiku nie wchodziła wyłącznie Małżowina, fakt, iż dzieło wydano później może wynikać z tego, że praca trwała jeszcze nad wieloma innymi utworami, a tomiku z jednym wierszem Świetlicki ani żaden inny szanujący się poeta, nie wydałby tylko po to by "być pierwszym". Przecież nie o to w poezji chodzi.

     Utwór porusza kwestie egzystencjalne na trzech różnych poziomach interpretacji. Pierwszą interpretacją jaka powstała w moich myślach po przeczytaniu tekstu wiersza, jest interpretacja dosłowna i tą chciałbym w mojej pracy pokazać.
     Mamy do czynienia z niezręczną sytuacją łóżkową podmiotu lirycznego. Uważam, że przedstawienie sytuacji w utworze wcale nie odbiega od Kafkowskiego klimatu problemów egzystencjalnych. Stres, nerwy, życie w czasach tuż po przewrocie i zmianie ustroju z 1989 roku, frustracja, wyjałowienie emocjonalne i utrata pewnego sensu życia przekłada się na aktywność seksualną każdego mężczyzny.

Jeżeli o mnie chodzi – to ja już skończyłem.

Bez wątpienia możemy przypisać słowa do sytuacji erotycznej po zakończeniu stosunku
z perspektywy mężczyzny. "Ja już skończyłem"- można odczuć, iż podmiot czuje się w odpowiedzialności do poinformowania o tym "pani". Następnie pada podkreślenie obecności podmiotu oraz pytanie :

Ja już skończyłem – a jak pani?

Liryczne ja, jak okażę się już w następnym wersie, nie oczekuje jakiejkolwiek odpowiedzi
od kobiety, która uczestniczyła w akcie.

Jeżeli o mnie chodzi – to ja się odwracam.


Można to śmiało odnieść do filmu "Małżowina" (lub film odnieść do wiersza) gdzie "M." - w tej roli sam Marcin Świetlicki - korzysta z usługi prostytutki, której zaspokojenie nie jest celem spotkania ani nie jest wymagane ze względu na jej zawód, ważne jest zaspokojenie podmiotu (stad dochodzimy do argumentu popierającego, iż podmiot wcale nie jest zainteresowany tym czy "pani już skończyła"). Będąc przy powiązaniach między filmem a wierszem można uznać,
że przy znajomości całego kontekstu warto pokusić się o stwierdzenie sprzeczne z domyślnymi założeniami literaturoznawców, którzy twierdzą, iż podmiot i autor nie powinni być łączeni. Tutaj stanowczo muszę się z powyższymi nie zgodzić, ponieważ nawet jeśli akcja utworu i filmu nie odnosi się do życia prywatnego autora to widać jej dosłowne niemal przełożenie na sytuację przez poetę odgrywaną w filmie - ergo, bezpośrednio łączy obie persony (liryczną i "M.") dzięki czemu niemal natychmiast po zapoznaniu się z dziełami mamy wrażenie, że to właśnie autor jest bohaterem utworu..

Ja się odwracam do ciemnej ściany.

Tutaj następuje bardzo popularna wizja mężczyzn po zakończeniu stosunku, który
"po wszystkim" odwraca się do ściany. Jednak czytając Małżowinę odczuwam, że podmiot nieco się całej sytuacji wstydzi. Moralna i emocjonalna rozterka z jednej strony jest słuszna, z drugiej wręcz przeciwnie. Zakładając, iż kobieta w utworze to faktycznie prostytutka z filmu, można
by powiedzieć, że podmiot nie ma podstaw ku zawstydzeniu lub pewnej frustracji, koniec końców jak pisałem wyżej to on jest centrum aktu a zaspokojenie "pani" nie ma tutaj znaczenia. Z drugiej zaś odzywać się może męska duma bohatera utworu, który mógł dojść do wniosku,
że zwyczajnie kobiety zaspokoić nie potrafi (w tym wypadku nie ma znaczenia kim była kobieta).

Jeżeli o mnie chodzi – to ja już wychodzę,

Idąc dalej w sferze seksualnej, podczas gdy w poprzednim wersie, podmiot ogłasza co robi lub chce zrobić, tutaj już bez ogródek kończy stosunek poprzez "wyjście" z partnerki. Po raz kolejny zbagatelizowanie kobiety zauważamy w kolejnym powtórzeniu "Jeżeli o mnie chodzi...",
te podkreśla, że właśnie "o niego w tym chodzi".

nim będę śmieszny i stary. 

Określenie, które w podjętym kontekście jednoznacznie wskazuje na definitywne zakończenie gotowości do stosunku przez mężczyznę, koniec erekcji, co podkreśla utworzeniem się "zmarszczek" czyli fałdek skóry na jego męskości. "Śmieszność" wskazuje tutaj na zmianę rozmiaru.

Jeżeli o mnie chodzi – to ja nie chcę prosić

Przy tym wersie powstaje pytanie: prosić o co?

o ochłap. Nie chcę prosić. Bohater umarły,


Tu po odpowiedzi na pierwsze pytanie powstaje następne: ochłap czego? Interpretując utwór stwierdzam, iż chodzi o ochłap-uczucie w płaszczyźnie emocjonalnej. Liryczne ja, woli widocznie taki a nie inny stosunek, niż świadomość, iż sam fakt jego odbycia to ochłap miłości - współczucie.

lecz nie uwiędły. Tak właśnie od teraz
proszę mnie rozpatrywać. Umarły – ale nie uwiędły

Czytając te wersy odnosimy wrażenie, iż dochodzi do zmiany z sytuacji erotycznej do de facto zagadnienia egzystencjalnego. Liryczne ja rozpatruje, rozwodzi się tutaj nad kwestią życia podczas gdy odczuwa jego brak w sobie. W mojej głowie przy tych wersach odzywa się Horacy i jego "Exegi monumentum aere perennius", bo choć "bohater" jest martwy, umarły, ale nie uwiędły- czyli pamięć o nim nie zaginęła, to wie, że pozostaje w pamięci "pani".  Podmiot przeczy sobie, bo choć żyje, każe się "rozpatrywać" jako osoba martwa . Świadczyło by to chyba o niczym innym jak silnych zapędach depresyjno-samobójczych, tego, że nie czuje w sobie życia, nie czuje sensu egzystencji.

bohater. Owszem. Podoba mi się to. 
Wzwód wymierzony w ciemność.

     Moim zdaniem, ciemność występująca w ostatnim wersie nawiązuje do myśli samobójczych podmiotu bądź do nadchodzącej ku niemu śmierci. Jednak tutaj da się zaobserwować ciekawe zjawisko kompletnego wyjałowienie emocjonalnego podmiotu - on nie boi się śmierci, wręcz przeciwnie. Jednak wyjałowienie występuje jedynie na poziomie życia doczesnego, sensu trwania na świecie w jego materialnej formie.
Nie obejmuje jednak czegoś zupełnie nowego, czegoś czego żaden żyjący - w tym podmiot - poznać nie mógł. Być może chodzi o życie pozagrobowe, ciekawość tego "co jest po drugiej stronie". I choć podmiot określa to prosto: wzwodem, uznać to możemy za podniecenie, ciekawość tego co czeka nas, gdy już odwrócimy się ku ciemności śmierci, gdy odwrócimy się "do ciemnej ściany".


---------------------------------------------------
W tym miejscu z wielką wdzięcznością zwracam się do Oli D.
Droga Olu, bardzo doceniam Twój wkład w moją pracę. Byłbym ostatnim chamem gdybym o Tobie tutaj nie wspomniał. Wspaniała praca korektorska jakiej się podjęłaś nauczyła mnie w jedną noc więcej niż człowiek z tytułem doktora, który pisać miał mnie nauczyć. Mam szczerą nadzieję, że jeszcze nie raz znajdę czerwone chmurki z Twoimi jadowitymi uwagami, a z upływem czasu moje teksty i prace będą technicznie znacznie lepsze, bardziej przejrzyste i profesjonalne.
-----------------------------------------------------

UWAGA: oczywiście zachęcam serdecznie do korzystania z tego co tu napłodziłem (jeśli się komuś przyda), jednak przypominam, iż prawa autorskie oraz prawa do własności intelektualnej obejmują również teksty bloggerów. Jeśli chcecie ich użyć jako własnej pracy semestralnej to nie zapominajcie, że teraz ćwiczeniowcy i wykładowcy prace takie przepuszczają przez program anty-plagiatowy. Jeśli chcecie skorzystać z całego tekstu lub jego części na łamach własnych blogów lub prac, uprzejmie proszę o napisania na mój facebook lub dostępne konto gmail/youtube z zawiadomieniem i prośbą o zgodę. Nie wynika to z tego, że nie chcę pomóc a z tego, że napisanie tego zajęło mi kilkanaście godzin poszukiwań, czytania, myślenia, i pisania (o 2 paczkach fajek chyba wspominać nie muszę).

czwartek, 30 maja 2013

Opowieść Gotycka, ROZDZIAŁ II

Rozdział II.

-No dalej ,ty gówno! Przynoś!
- Ojcze! Proszę! Ja nie chciałem upuścić!
-Ojcze?! Przynieś gołymi rękami albo zmuszę cię żebyś gębą to przywlókł bękarcie! Oszczałeś się?! Ty tchórzliwe ścierwo! I Ty śmiesz mówić do mnie jako do ojca?! Nie wiesz po co ci zawartość portek? To może jak przyniesiesz coś upuścił pozbędziemy się ciężaru?


Powiew zimnego powietrza ochłodził czoło i zaszczypał w otwarte oczy niedawno śniącego. Zimna noc objęła we władanie komnatę bez okien. Henry von der Stalker powstał z łoża. Rzucił kątem oka na zaczerwienienia na młodym ciele, które spało jeszcze chwilę temu tuż przy nim.
-I jak się czujecie mój mości Manfredzie? Nic nie odpowiesz? Czyli dobrze jak co noc mój zacny druhu?
Manfred czekał w pokoju nim pan zdążył się zbudzić. Podszedł do "druha" Stalkera, nałożył nań szlafrok, podłożył pod stopy pantofle i z ukłonem cofnął się o trzy kroki. Henry ruszył do toaletki. Usiadł, sięgnął po nieskalany rysą kościany grzebień. Przeczesał do tyłu gęste, jasne jak słoneczniki włosy. Spojrzał na swoje odbicie. Delikatne niezadowolenie odbicia ukazała się w niedużym skrzywieniu kącika ust. Henry wziął pomadę, zabarwił usta, przetarł wcześniej przygotowaną wilgotną ścierką twarz, czoło, ramiona i ręce. Następnie wysypał na dłonie proszek z tabakierki i natarł ciało. Odetchnął i ruszył ku pokojom przebieralnym, w krok za nim ruszył Manfred. Gdy oboje stanęli pośród wielu pysznych szat,  rozejrzał się Henry. Podziwiał żupany, szaty sułtańskie suto wieńczone złotymi nićmi, koszule burgundzkie, delikatne sukna koszul koloru lazur włoskich.
-Przynieś czerwoną koszulę, tą tam ze złotymi nićmi i szerokim rozejściem przy kołnierzu. Do tego czarne spodnie tatarskie, wysokie buty ale te bez cholew, te czarne podkuwane, a na górę...Niech będzie biały lekki żupanik com go z sukiennic przywiózł.
Lokaj bez szemrania zebrał wskazane ubiory, przygotował je i rozłożył na starej drewnianej ladzie po środku izby. Ściągnął z pana szlafrok, następnie podłożył pod nogi dywanik by ten ściągając pantofle nie spoczął gołą stopą na posadzce. Wziąwszy miednicę z wodą otarł tak rozebranego Henryka. Następnie podał mu tabakierkę z toaletki by ten mógł własnoręcznie wetrzeć proszek w wilgotną skórę. Nałożył ubrania na von der Stalkera i opuścił komnatę. Pan na Górze św. Anny wrócił do komnaty sypialnej, rozejrzał się świeżym spojrzeniem i z delikatnym uśmiechem zadowolonego gospodarza.
Był on owalny, bez kątów, obity na ścianach czerwonymi aksamitami. Pofałdowane materiały o kolorze krwi zwisały kunsztownie podpięte do wysokiego sufitu pokoju, czego efektem było złudzenie, iż patrzy się na morze krwi, po którym bogowie wojny z lubością by pływali.
Posadzki zaś olśnić mogły najbogatszych  znanego i nieznanego świata. Bowiem były one śnieżno białe, błyszczące niczym marmury, choć ciepłe dla stopy i delikatnie szorstkie. W centrum pokoju stało łoże o równie śnieżnych drewnach i ramach oraz z czarnym baldachimem na wzór łożnic włoskich biskupów, którzy jak wiadomo chwalić swego stwórcę musieli w odpowiednim towarzystwie i otoczeniu. Na przeciw stóp łoża pod ścianą stała znana nam już toaletka z czarnego drewna w stylu strzelistych gotyków. Lustro wyglądało jakby ornamentowane szyby katedry. Całość konstrukcji przywodziła na myśl niedużą kopię kościelnej wieży.
Po oględzinach pokoju, Henry podszedł do okna. Zimna noc bez krępacji wdarła się do izby rozrzedzając zapach smażonego mięsa. Postać w łożnicy lekko zadrżała. Henryk wyszedł z pokoju i ruszył szlakiem swych codziennych czynności, których jeszcze nic nie przerwało od ponad 15 lat.
Po wyjściu z pokoju na korytarzu stał gotowy do dalszej służby Manfred. Służący drżąc na ciele, w lodowatych, wapiennych murach, spojrzał na swojego pana, i choć wiedział jaki będzie jego następny krok i wszystkie pozostałe aż do poranka, oczekująco spoglądał na Henryka. W myślach zawsze nazywał go "jakże miłościwym barbarzyńcą" choć sam pochodząc z ziem germańskich był barbarzyńcą a w wolnych chwilach wzywał swych starych bogów. W tych murach żadna myśl nie mogła przebić się przez zamki i dotrzeć do Odyna i jego synów. Ziemia, po której stąpał von der Starker głucha była na słowa wszystkie inne niż wypowiedziane przez monstrum w ludzkie cnoty obleczony. Ruszyli długim korytarzem, na gołej posadzce odbijały się odgłosy butów pana-barbarzyńcy i delikatne plaśnięcia gołych stóp sługi. Manfred obleczony był w wyśmienitą białą koszulę, z najcieńszych nici utkaną, przez biodra miał obleczony gruby, surowy pas ze skóry o ostrych kantach i krótkie płócienne spodenki w czarnym kolorze. Tak szedł 30 letni Germanin klnąc swój los, a oczyma chwaląc tego, za którym musiał iść. Między krokami można było jeszcze jedynie słyszeć dźwięk uderzających o siebie pęków kluczy- jedynej ozdoby pasa Manfreda, klucznika, lokaja i pokojowca oprawcy.
Gdy dotarli do końca korytarza mijając wiele zamurowanych drzwi, znaleźli się przy schodach, które łukiem prowadził w dół na nieduży balkonik. Bliźniaczo z drugiej strony tego półpiętra wiły się łukiem schody. Idealnie proporcjonalne i symetryczne kształty witały gości gdyż stojąc na posadzce między schodami prowadzącymi do dwóch skrzydeł zamku, opadały w dół szerokie schody zwieńczone fantazyjnymi poręczami. Po zejściu po nich stawało się na grubym, puchatym krwistoczerwonym dywanie, który z jasną wapienną skałą sprawiał wrażenie, iż leży w holu samego króla. Dwójka ludzi zwróciła się na lewą stronę, poszli do drzwi i zeszli do lochów.
- Zejdź poziom niżej i przygotuj numer trzeci.
Po tym rozkazie pan Straker rozsiadł się w fotelu na półpiętrze. Manfred zszedł, zamykane za nim drzwi urywały nieludzki ryk krzywdzonego stworzenia, który odbijało się na tym poziomie lochów.
Von der Straker zasiadawszy wyciągnął różaniec. Przymknął oczy i rozpoczął nucić cicho i tonowo melodię. Ściskał koralik, jego ciemne i grube dłonie pieścił go a głowa bujała się w rytm melodii.
Dwukrotnie uderzono w drzwi poniżej. Pan wstał, założyl różaniec na szyję i zszedł. Po otwarciu drzwi już nie było słychać krzyków. W następnej komnacie pośród surowych czterech ścian stał stół i dwa krzesła. Na nim leżała wielka biała płachta skrywająca wybrzuszenia w kształcie ludzkiego ciała. Płachta się ruszała.
Służący podsunął Henrykowi krzesło, podał talerz, nadziak i tasak. Podniósł płachtę.
Na stole z pustym spojrzeniem leżało ciało młodej, być może 15 letniej dziewczyny. Szlachetne linie jej jestestwa zdradzały szlachetne urodzenie lub chociaż jakąś domieszkę tegoż szlachectwa w jej krwi. Blada skóra wzbudziła w panu-barbarzyńcy krew. Ta gotowała się i raz po raz uderzała w członki. Nieruchoma dziewczyna oddychała.
-Pokaż mi bardziej jej twarz- rozkazano.
Manfred posłusznie włożył ręce pod głowę, wplatając palce w blond włosy i uniósł ją tak by spoglądała na Strakera.
-Widzisz kochaniutka jaki zaszczyt cię spotkał? Stołujesz się wraz ze mną! A przecież chciałaś tego niegdyś czyż nie? Pamiętam listy od ciebie. Wiesz jak trudno się je czytało gdy ciepło pieców kuźnianach ożywiało zapach paluszków, którymi je pisałaś? Jak w migoczących płomieniach czytałem twe słowa?
Powstając z miejsca chwycił tasak, z miną znawcy i smakosza podjął się oględzin brzucha i łona dziewczyny. Zmienił uchwyt na tasaku i delikatnie, z finezją poprowadził cięcie od pępka aż po początki pochwy. Gdyby można było usłyszeć ciszę, ta by właśnie wydawała najdziksze krzyki, bowiem cisza towarzysząc zdarzeniom potrafi krzyczeć głośniej niż wszystko inne. Jedynie łzy, nieliczne i nieposłuszne nieruchomemu ciału, wyciekły z oczy śniadoskórej dziewczyny.
-Manfredzie, jakże to nakryłeś do stołu? Mój gość płacze tak zła jest twoja usługa. Czy zrobiłeś wszystko jak należy?
Skinieniem głowy odpowiedział Germanin.
-Więc jak to tak?- wstał, podszedł do twarzy dziewczyny. Spojrzał na nakłucia na czaszce, które niczym barwy wojenne dzikich plemion upiększały tę słowiańską boginię.
-Widać niedokładnie wbiłeś się w ostatni nerw...ale nic nie szkodzi, przecież wiesz, że ja jestem miłosierny.
Pan powrócił do stołu, wziął na nadziak najbliżej odstającą część jelita, nawinął i jednym ruchem tasaka odciął. Manfred natychmiast podszedł do swojego pana z kielichem. Popijając krew, którą ofiara z własnej chęci oddawała regularnie przez minione miesiące do kielicha, Henry rozmyślał nad czasami, których pamieć tworzyła jego jakże szacowną osobę.
-Wracając do listów. Szkoda, że Twój brat-pan wyśmiał młodego kowala, który chciał twej ręki w zamian za służbę na dworze. No cóż, jak widzisz, miłość moja dawna nigdy nie przestała mnie nęcić. Jakże miewa się pan-brat twój? Słyszałem, że strasznie krzyczał gdy powóz jego płonął. Przynajmniej tak mi to opisał Manfred w swój ubogi sposób.
Henry odetchnął, wessał powietrze w pełne pokarmu usta i uśmiechnął się zadowolony.
-Wiesz pani co mnie najbardziej bolało? Te listy, nawet nie miałaś odwagi zaadresować ich na moje prawdziwe kowalskie imię i warsztat. Trudno było z tobą korespondować czekając aż służka twoja zaniesie je do drzwi tego małego szlachetniątka, młodego Strzela. Ale wybaczam ci moja pani, jakoś musiałaś kryć uczucie do kowala, tak było bezpieczniej.
W między czasie kolejna porcja jelita przeszła przez przełyk Henryka.
-Manfredzie, myślę, że czas już żeby uwolnić moją niedoszłą panią serca. Dość się mych przemów, wyrzucanych ustami głupiego młodzika wysłuchała. A ty bądź szczęśliwa. Teraz docenisz wolność jak nigdy wcześniej, połączysz się z innymi wolnymi, choć mam nadzieję, że krzyżyk który nosiłaś będzie ci przebaczony.
Manfred zręcznie chwycił kawałki skóry i zszył je tak jak nie jeden medyk by nie potrafił. Przerzucił ciało przez ramię i podszedł do kamiennej ściany, nogą pchnął ją otwierając upodobnione do kamiennych ścian lochu, drzwi. Idąc przodem pozwalał Henrykowi popatrzeć jeszcze na oblicze przyszłej wolnej kobiety, która ze łzami w oczach i kamienną twarzą widzieć mogła jedynie biodra i nogi swego wybawiciela. Idąc ze schodka na schodek korytarz zamieniał się w małe, ciasne i obskurne przejście, coraz częściej zmieniał się kierunek, w którym nasza trójka szła po wolność. W końcu wyszli z kamiennej wnęki u stóp kościoła gdzie św. Anna stała i czekała na swych wiernych by oczarować ich nowym kościołem skromnych franciszkanów.
Drzwi kościoła nie zamknięto na zamek ani rygiel. Uroczystym krokiem weszli do świątyni. Dziewczyna została złożona na ołtarzu. Henry i Germanin zaczęli ściągać ubrania od głowy do pasa. Stanęli nad dziewczyną. Germanin w duchu odmawiał swe modły błagając swych bogów by ci spokojnie przyjęli to dziewczę do siebie dając jej wcześniej słabość ciała, dzięki której szybko by odeszła.
-Wiesz czemu mam takie dłonie moja pani? Otóż jak pamiętasz mój ojciec uczył mnie swego kowalskiego fachu. Przez niego po trochu pewnie straciłem twe względy gdyż zniszczył mi urodę. Gdy coś upuściłem lub źle zrobiłem kazał na kowadło przynosić mi żelaza i metale gołymi dłońmi wyciągnięte spod pracy miechów, których końcówki były białe od gorąca. Myślisz, że chwytałem ten koniec gdzie był zimny? Otóż jesteś ignorantką w sprawach nauki i kowalstwa więc powiem ci, że żeliwo nie musi być czerwone by swym ciepłem ukochać najgłębsze płaty skóry dłoni. Teraz są szorstkie... Mam nadzieję, że to już Ci nie przeszkadza?
Manfred podszedł do tabernakulum, wyciągnął pęk swych kluczy i otworzył grube drzwiczki mieszkania Chrystusowego. Wyciągnął monstrancję i podał ją von der Strakerowi. Ten pochylił się nad głową dziewczyny i ledwo słyszalnie wyszeptał:
-Uwalniam cię moja ukochana, niech bogowie przyjmą cię z tym drobnym cielesnym ubytkiem, który połączył nasze ciała na zawsze. Oświecę cię i odprawię ku wolnym tak jak robili to twoi pasterze co miłosierdzie przynieśli polskim ziemią tak pokojowo i chwalebnie gdy kazali im porzucać swe dusze i przodków.
Uniósł monstrancję i jej stopą niezbyt mocno uderzył w czoło dziewczyny. Uniósł ją by już mocniej opuścić święty krzyż na czaszkę. Uniósł, uderzył. Uniósł uderzył. I by wolność ta miała wymiar święty, by była taka sama jak uwalniano od diabłów: Swarożyca, Trzygłowa i Peruna praprzodków tych ziem- uniósł monstrancję trzydzieści trzy razy.
Gdy poranne zorze zaczęły oświetlać ołtarz a Henry usłyszał jak proboszcz parafi wychodzi z zakrystii na prezbiterium, odwrócił się do słońca i cicho zaintonował:

Густа ми магла паднала,
на тој ми рамно Пољска!
Ништа се живо не види,
до једно дрво високо.

Колко су дзвезде на небо,
Толко су шарке на њега.*

Henry zszedł z prezbiterium, skinieniem głowy pozdrowił ojca Rychłowskiego by ze zjadliwym uśmiechem i naciskiem na ostatnie słowo rzec:
-Ojcze przełożony, resztę zostawiam w rękach twych świątobliwych.
Ojciec Franciszek Rychłowski tupnięciem wezwał dwóch młodych nowicjuszy.
Na porannej mszy zebrało się wielu wiernych, którzy modlitwą podziwiali wspaniały przybytek pański i chwalili znanego ojca Rychłowskiego, który unosił nad nimi i ołtarzem hostię, błogosławiąc podróżnym.

*Gęsta mgła opadła
Na całą Polskę
Żywego ducha nie widać
Aż do drzewa wysokiego
Ile gwiazd na niebie
Tyle na nim barw

niedziela, 26 maja 2013

Słowem wstępnym.

 Pisząc dziś masę zaległych prac na uczelnię mą ukochaną (UŚ Katowice, Wydział Filologiczny) pomyślałem by swoje mniej lub bardziej udane dzieła publikować na tymże blogu. Jako student I roku filologii polskiej mam całkiem sporo do pisania więc postów i tematów pewnie nie braknie. Na pewno znajdą się tu jeszcze jakieś liryki, sprośne żakowskie piosnki, dziwne wydarzenia z życia mojej uczelni czy ulubionej knajpy "Sceny Gugalander". Cóż, obyście czytali chętnie i równie chętnie krytykowali, doradzali, poprawiali. W końcu jeśli system edukacji nie nauczy mnie pisać, to świat internetu wraz z jego obywatelami sami powiedzą  co i w jakiej formie czytać lubią. Przy okazji zobaczymy, czy jakikolwiek dryg pisarski w czymkolwiek mam.

Z informacji o mnie.
Lat 20, kilogramów ze 100, wpadek, wtop, głupoty i bezmyślności cała masa. Pyzaty (patrz na avatar) ale w sumie znośny buc.
Jednak są tacy, co mówią, że coś ze mnie będzie ;).